niedziela, 31 października 2021

Nasz chleb powszedni [1934]



       Jest to opowieść o grupie ludzi, która w czasach Wielkiego Kryzysu w USA postanowiła założyć wspólnotę, coś w rodzaju komuny, gdzie wszystkie dobra są wspólne i wszyscy pomagają sobie pracą. Film o pozytywnym przesłaniu, wypełniony wiarą w człowieka, w dobroć, w sens wspólnoty, w możliwość pokonania wszelkich przeciwieństw. Oczywiście naiwnością byłoby sądzić, że pokazana w filmie wspólnota jest możliwa w tak idyllicznej formie, w jakiej została przedstawiona, niemniej należy pamiętać, że film Vidora miał za zadanie pokrzepić ludzkie serca, w lać w nie nadzieję. Wprawdzie tytuł może sugerować nawiązania do religii katolickiej, jednak bliżej mu w rzeczywistości do pochwały modelu socjalistycznego w postaci spółdzielni rolniczej. Obraz Vidora zawiera także krytykę amerykańskiego kapitalizmu, który jest przedstawiony jako skorumpowany. 

       Natura ludzka nie pozwala na gładką realizację wyidealizowanych planów, więc mamy w filmie kilka zgrzytów, językiem sowieckiej propagandy mówiąc, ktoś rzuca piasek w tryby maszyny, mamy też osobisty wątek uczuciowy, kobietę wampa. Zakończenie filmu może śmiało przywodzi na myśl filmy Dżigi Wiertowa; wspólnym wysiłkiem doprowadzona zostaje na plantację kukurydzy woda. W ten sposób kolektyw pokonuje suszę, ratuje plony kukurydzy i zacieśnia się, daje dowód słuszności obranej drogi. Można też mówić o etosie pracy i pochwale wspólnoty. Należy jednak pamiętać, że film opowiada historię osadzoną w czasie kryzysu i pokazuje sposób przetrwania najgorszego, wcale nie sugerując, że ta sama metoda sprawdzi się, kiedy kryzys przeminie i w USA znowu zacznie panować bankier, makler i bajecznie bogaty przemysłowiec.

       Wydźwięk filmu sprawia, że
„Nasz chleb powszedni” nie jest aż tak jednoznaczny, jakby się to na pierwszy rzut oka wydawało. Z perspektywy amerykańskiego kapitalizmu, jest co najmniej kontrowersyjny i dzisiaj chyba jeszcze wyraźniej widać, jak odstaje od rządzącego zachodnim światem modelu rządzenie państwem. Nie da się jednak równocześnie zaprzeczyć, że dobro, wzajemna pomoc i współpraca ludzi to coś złego. A przecież film Vidora mówi przede wszystkim właśnie o tym, humanizm jest jego istotą.


       Na koniec dodać należy, że „Nasz chleb powszedni” jest kontynuacją filmu Vidora z 1928 roku „Człowiek z tłumu
. Postaci są te same, tylko aktorzy inni.

„Nasz chleb powszedni”, reż. King Vidor [USA, 1934] 1h14m

niedziela, 18 lipca 2021

Wieprze i okręty [1961]


„Wieprze i okręty”, reż. Shôhei Imamura [Japonia, 1961] 1h48m

Haruko i Kinta są parą. Żyją w slumsach portowego miasta Yokosuka, w którym znajduje się baza okrętów z USA. Parę poznajemy w chwili, w której musza zdecydować się na aborcję. Haruko pracuje w podrzędnym barze, Kinta natomiast jest członkiem gangu. Film opowiada w sumie historię próby wyzwolenia chłopca ze szpon jakuzy i skierowania go na uczciwe tory, ale jest to też obraz uwikłania w zło, fascynacji nim. Zdesperowana Haruko, kiedy spostrzega, że Kinta nie chce opuścić gangu, postanawia żyć z amerykańskich marynarzy. Film jest zajadłą krytyką serwilistycznej postawy Japończyków względem okupantów z USA, pazerności na łatwe pieniądze, braku moralnego szkieletu. Ulice Yokusaki pełne są neonów typu Bar Joy, Heaven & Hell, Cabaret, wszystkie w obcym języku angielskim. W ironiczny sposób reżyser pokazuje mieszkańców kraju z bogatą i wielowiekową tradycją w chwili bezkrytycznego przejmowania zachodnich wzorców, co ukazane jest metaforycznie poprzez oddawanie się japońskich kobiet za dolary prymitywnym osiłkowatym marynarzom cumujących w porcie okrętów amerykańskiej marynarki wojennej. Także świnie pełnia ważną rolę w filmie, gdyż to hodowlą tymi zwierzętami zajmuje się gang, do którego należy Kinta. Symbolizują przy okazji brudne ciemne interesy na równi z brakiem moralnych hamulców Kinty i jego kolegów. Wieprze odegrają także główną rolę w finałowej scenie filmu, ale tego nie należy zdradzić.

niedziela, 25 kwietnia 2021

Magnum Begynasium Bruxellense [1978]


„Magnum Begynasium Bruxellense”, reż. Boris Lehman [Belgia, 1978] 2h25m Film dokumentalny, eksperymentalny, w konwencji symfonii miasta, portretujący dzielnicę Brukseli Béguinage, która powstała na miejscu dawnego beginażu (stąd nazwa) i później wcielona do miasta. Film portretuje ludzi, miejsca i wydarzenia, operuje chłoną narracją, pozbawiony jest komentarza, ludzie wypowiadają się sami, przy czym nigdy do kamery, czyli są filmowani w trakcie wykonywania jakichś czynności. Czarno-biały film poszatkowany co jakiś czas kolorowymi ujęciami. Świetna praca kamery i kompozycja kadrów. Oprócz realizmu Lehman stosuje też kadry metaforyczne, na przykład ujęcie kończących się w jednym miejscu tuz po skrzyżowaniu się torów tramwajowych, albo szyny biegnące prosto na mur, a nad nimi przemyka wzdłuż ekranu nowoczesny tramwaj, metafora, że coś starego się kończy i jest zastąpione przez coś nowego. Lehman bowiem ukazuje poprzez wybór bohaterów i sytuacji przecinanie się różnych płaszczyzn i okresów czasu. Dzielnica powstała na terenie średniowiecznego borinażu, teraz sama staje się miejscem staroświeckim, w którym czuje się atmosferę przemijania. Ludzie kultywują jeszcze dawne tradycje wspólnego muzykowania, uprawiania amatorskiego malarstwa lub rękodzielniczego majsterkowania (kunsztownie wykonany model karuzeli), ale już nowe wdziera się do dzielnicy, dyskutuje się o nowych książkach, tańczy się do rock and rolla. Film jest też pochwałą leniwego, prostego życia wspólnoty ludzi zamkniętej w obrębie murów jednej dzielnicy, tego sennego niepozornego żywota, drobnych radości i przyjemności. Tkwi w tym jakiś urok, poczucie bezpieczeństwa i przede wszystkim zakorzenienia.

niedziela, 11 kwietnia 2021

Mój koniec. Twój początek [2019]


„Mój koniec. Twój początek”, reż. Mariko Minoguchi [Niemcy, 2019] 1h51m
Dwie historie, Nory i Natana, które mają punkty wspólne. Jest to kino niewątpliwie psychologiczne, z aspiracjami artystycznymi (forma), ale są też w nim elementy kina sensacyjnego (napad na bank) i romansu. W filmie tym istotna role odgrywa czas (pojęcie symetrii czasu jest wspomniane na samym początku podczas wykładu Arona, chłopaka Nory. Dlaczego znamy przeszłość, a nie znamy przyszłości, skoro teoria względności mówi, że obie ssą równoważne. Wtedy Aron wywodzi, ze znamy przyszłość, znamy ją ze snów i z déjà vu. To twierdzenie jakby zaczyna nakręcać film, przeszłość zaczyna mieszać się z przyszłością i z teraźniejszością, a wydarzenia przedstawione są przemiennie i w poszatkowany sposób. Trudno tu zresztą przedstawić fabułę bez zdradzania istotnych faktów, więc należy ograniczyć się do ogólników. Należy zatem wspomnieć o roli przypadku bądź przeznaczenia w naszym życiu, o wpływie tego czynnika na przyszłe wydarzenia, o dawnych wydarzeniach rzutujących na teraźniejszość, o punktach stycznych, w których schodzą się ludzkie historie, o okresach czasu, w którym się łączą. Gdybym miał wskazać dwa filmy będące w jakiś sposób inspiracją dla "Mój koniec. Twój początek", to były by to "Samotność liczb pierwszych" Saverio Constanzo (nawiązania do nauk ścisłych) i "Nieodwracalne" Gaspara Noé (idylliczny początek prowadzi do koszmaru, przy czym oba filmy pokazują to w odwróconej kolejności). Tak czy inaczej film Minoguchi wart jest obejrzenia i przemyślenia.

Noc musi zapaść [1937]



„Noc musi zapaść”, reż. Richard Thorpe [Wielka Brytania, 1937) 1h56m
Bardzo udany thriller z lat 30-tych z rodzaju tych psychologicznych, odbywa się w nim swoista gra pomiędzy potencjalnym oszustem, który swym zachowaniem zauroczył starszą panią, a jej siostrzenicą, która podejrzewa Danny'ego o zabójstwo kobiety z miasteczka. Film nie jest jednoznaczny i nie pokazuje do końca całej prawdy, co jest w nim chyba najlepsze. Istotna jest wspomniana gra. Widz jest przekonany o winie Danny'ego, którego rewelacyjnie zagrał Robert Montgomery, ale nie na podstawie realnych przesłanek, a na zasadzie domysłu i podejrzenia, które podsycają dwulicowe zachowanie tajemniczego intruza w domu starszej pani. Zagrana prze Rosalindę Russel siostrzenica zachowuje się w stosunku do Danny'ego w ambiwalentny sposób, z jednej strony odczuwając wobec niego strach, z drugiej zaś ulega, a raczej zmaga się, z jego magnetyzującym czarem, będąc równocześnie w pełni świadoma jego cynicznej merkantylnej postawy wobec ciotki (Dame May Whitty). Do tego dochodzi współtworząca nastrój muzyka i świetne zdjęcia. Gruntowniejsza znajomość realiów obyczajowych lat 30-tych mogłaby się przyczynić do odkrycia w filmie aluzji do ówczesnej obyczajowości, purytańskiego pojmowania sfery seksu, oględnego ukazywania bestialskiej strony ludzkiej natury, schizofrenii, bezwzględności, manipulacji, co pogłębiłoby niechybnie odbiór filmu, wszystko to bowiem wyczuwałem, oglądając "Night Must Fall". Reżyser prowadzi także grę z widem w sposób nieco makabryczny, każąc mu zgadywać, czy w koszu na kapelusze rzeczywiście znakuje się odcięta głowa zamordowanej kobiety? Na to i na wiele innych niepokojących i nurtujących pytań widz zmuszony jest odpowiedzieć sobie sam. Odpowiedzi wydają się być z pozoru oczywiste, ale ten film to przecież gra pozorów, więc czy może być coś oczywistego tylko na podstawie przesłanki zamiast dowodu? Na to pytanie widz musi odpowiedzieć sobie sam. Logika twierdzi, że nie, przeczucie, że tak. Komu uwierzyć?

Fiołki we włosach [1942]



„Violette nei capelli”, reż. Carlo Ludivico Bragaglia [Włochy, 1942] 1h30m Oliva, Carina i Mirella to przyjaciółki na całe życie, a ponad to Mirella i Oliva to siostry. Różnią się jednak zainteresowaniami, gdyż Mirella jest zapalona sportsmenką, pozostałe dziewczyny są miłośniczkami teatru. Film jest ciepłą, pełna humoru, przede wszystkim werbalnego, opowieścią o marzeniach, które weryfikuje życie, kiedy wkracza się w dorosłość i niezbędna staje się odpowiedzialność. Olivę gra Irasema Dilián, aktorka urodzona w Rio de Janeiro polskiego pochodzenia; była córka polskiego dyplomaty. Debiutowała w filmie nie byle kogo, bo Victorio de Siki. Jej prawdziwe nazwisko brzmiało Eva Irasema Warschalowska. To tak gwoli kolejnego polonika.

Młodzi gniewni [1995]




„Młodzi gniewni”, reż. John N. Smith [USA, 1995] 1h34m Oglądałem po raz pierwszy i teraz wiem, dlaczego nie chciałem oglądać tego filmu w swoim czasie. Każdy człowiek jest wartościowy, o ile nie chce krzywdzić innych i nie zasługuje na pogardę tylko dlatego, że nie ma perspektyw, żyje w toksycznym środowisku, nie interesuje się poezją. I ten film to bardzo dobrze pokazuje, jednak sposób przekonywania przez nauczycielkę młodzieży nie przekonuje. To znaczy nie wierzę, że pokaz karate ich uspokoił (abstrahując od tego, że zachowanie młodych "gniewnych" było raczej wyolbrzymione - chyba wyolbrzymione, piszę na podstawie mojej znajomości psychologii), a wersy Boba Dylana o śmierci z godnością zachęciły do zgłębiania gramatyki. Za łatwo nauczycielce wszystko poszło, no ale to tylko film. Skoro jednak wszyscy nauczyciele zbiorowo uciekali od takiej niesfornej i aroganckiej klasy, to kto ich uczył pozostałych przedmiotów? Bo przecież w szkole nie uczą tylko jednej lekcji angielskiego? Czyli musieli być inni nauczyciele twardziele, którzy znosili klasę. A Michelle Pfeipffer uczyła języka tylko tylko tę jedną jedyną klasę? Jak na nauczycielkę zarabiającą niewiele, to ładny domek miała (albo jak na szkołę, która tak mało płaciła, to ładne domki wynajmowała nauczycielom sezonowym). Jak na środek dekady popularności grunge'u, to dziwnie nieobecna jest w tym filmie zarówno muzyka, jak i ta kultura. Typowy produkcyjniak made in USA pokazujący zwykłym ludziom, że coś mogą, że ich stać, że potrafią się przezwyciężyć i że mogą wygrać. Tylko czy sprostają potem warunkom?

PS. Recepta na poskromienie młodzieży bez perspektyw jest prosta: bierzemy kobietę obcykana w angielskiej poezji, służącą w marines, nauczycielkę, która karate ma w małym palcu, prawda że proste? Na kopy takich nauczycielek...

Rabmadár [1929]


„Rabmadár”, reż. Lajos Lázár i Paul Sugar [Niemcy/Węgry, 1929] 1h16m
Polski tytuł: "Więzień numer siedem". Dosyć naiwny i naciągany film. Aby zobaczyć ukochanego odbywająca karę w więzieniu Rabnõ zamienia się na jedną noc z więzienną lekarką. Jej ukochany Jenõ jest kelnerem w hoteliku i podczas nieobecności Rabnõ daje mocno upust swoim skłonnościom kobieciarza. Rabnõ zastaje go akurat w chwili planowania wspólnie z hotelowa oszustką obrabowania hotelowej kasy i ucieczki.

Miss Mend [1926]




"Miss Mend", reż. Fjodor Otsep, ZSRR 1926
.
Prawie 4 i pół godzinny film sensacyjny, podzielony na 3 części. Przeczytałem gdzieś, że ten film pełen jest propagandy. Cóż, musi to być bardzo subtelna propaganda, na pewno nie tak kłująca w oczy, jak na przykład w "Chjortowo koleso" Grigorija Kozintcewa i Leonida Trauberga też z 1926 roku. Pierwsza i druga część "Miss Mend" rozgrywa się w Londynie, gdzie Arthur Storn (Iwan Kowal-Samborski) ratuje tytułową pannę Vivian Mend (Natalia Glan) przed policją. Panna Mend wstawiła się za strajkującym robotnikiem i wpadła w sam środek strajku. Świadkami całego zajścia (z zamieszkami robotnicy-policja włącznie) było trzech reporterów, którzy zainteresowani jej postawą, postanawiają dowiedzieć się o Vivian czegoś bliższego. Wszyscy oni zadurzają się w Vivian. Tymczasem Vivian zostaje odwieziona do domu przez Storna, ten bawi się z jej kilkuletnim synkiem. W największym skrócie: Storn okazuje się być zaplątany w intrygę sfałszowania testamentu. Pieniądze pozyskane w ten sposób maja posłużyć tajemnej organizacji na przeprowadzenie ataku biologicznego na ZSRR. Trójka reporterów i panna Mend będą starali się temu zapobiec. Nie uważam tego za jakąkolwiek propagandę, bo po pierwsze i Bond i superman też ratowali swoje kraje, a po drugie ZSRR w tym przypadku ratują obywatele angielscy. Trzecia część filmu rozgrywa sie w Leningradzie. Tu dopiero widać nędzę, obskurne knajpy, żałośnie ubranych ludzi, umorusane dzieci ulicy... Dziś zresztą nikt chyba nie zwraca uwagi na niedociągnięcia, niekonsekwencje i absurdy na ekranie, gdyż kino z Hollywood na tym się głównie opiera (a także na pazernej, pozbawionej skrupułów chęci zysku); dlatego nikt chyba nie potraktuje nawet najwyraźniejszej agitacji w filmie sprzed 80-ciu lat poważnie, prawda? Na te filmy należy patrzeć z przymrużeniem oka. I nie przegapić tego, co najciekawsze: obrazu nieistniejącego już świata. Patrzy się na ówczesny Leningrad tak samo, jak patrzyłoby się na film z początku wieku, pokazujący nasze rodzinne strony - żadne z tych miejsc już nie istnieje w swojej dawnej postaci (ulicami nie jeżdżą już także takie fajne dostojne samochody). Obraz minionego czasu jest dla mnie najbardziej interesujący. Film Otsepa nie stroni od plenerów. Dlatego można zobaczyć w nim, jak wyglądały na przykład drewniane chodniki. Takich ciekawostek jest wiele. Nie można też zbyt poważnie traktować filmu "Miss Mend", ponieważ fabuła zbudowana jest na wielu nieprawdopodobieństwach. Dla przykładu: panna Mend pod koniec pierwszej części zostaje na molo uderzona w głowę przez opryszka, który wrzuca ją do wody. Na początku drugiej części okazuje się, że cała reporterska trójka akurat łowi w pobliżu ryby; widząc jak wpada do wody, rzucają się jej na ratunek. Po obejrzeniu filmu można powiedzieć: świat jest jednak mały, skoro Anglicy w nie małym przecież Leningradzie wciąż wpadają na ukrywających sie przecież członków organizacji, a panna Mend cały czas ma szczęście "przypadkowo" spotykać Arthura Storna. W sowieckiej rzeczywistości mamy przedstawioną zatem sporą dawkę czegoś, co nie sposób nazwać inaczej niż przeznaczeniem. Tak czy owak, nie przypisuję filmowi Otsepa czegoś, czego prawdopodobnie nie posiada; intryga filmu jest po prostu niezbyt logiczna, ale to znów może świadczyć o guście ówczesnego widza, któremu podobnie jak dzisiejszemu, nie przeszkadzają niedociągnięcia w scenariuszu. Czyli wychodzi na to że, widz - oglądając w 1926 roku film Otsepa - patrzył jednak pobłażliwie na nieprawdopodobieństwa, ponieważ magia kina nie zna granic i barier - i świetnie się po prostu bawił? Wydaje mi się, że tak. Nie należy także zapominać, że film "Miss Mend" powstał w okresie Nowej Polityki Ekonomicznej (новая экономическая политика, NEP). Niech każdy zresztą myśli jak chce, mnie się podobało. (Film widziałem na włoskim kanale RAI Edu, a że nie rozumiem włoskiego, więc wicie-rozumicie, wszystkiego w nim nie zrozumiałem; moja niewiedza nie przeszkodziła mi absolutnie w cieszeniu się z obcowania z zapomnianą sztuką i z poznawania).

The Beatles. Brzmienie z Merseyside [2018]



„The Beatles. Brzmienie z Merseyside”, reż. Alan Byron [Wielka Brytania, 2018] 1h27m
Wyemitowany na kanale Planet film dokumentalny składający się głównie z wypowiedzi członków The Beatles sprzed skrystalizowania się składu, obejmujący okres od połowy pierwszej połowy lat 50-tych, czyli od powstania skifflowej kapeli Johna Lennona, do zmiany perkusisty z Petera Besta na Ringo Starra w 1962 roku. Jest to ubrana w słowa wypowiedzi muzyków, którzy wnieśli jakikolwiek wkład w zespół (oprócz rzecz jasna Stuarta Sutcliffa) droga od początków The Beatles do pierwszych sukcesów, czyli do czasów nagrania debiutanckiej płyty "Please, Please Me".

Taksówka nr 13 [1917]



„Taksówka nr 13”, reż. Alberto Capozzi i Gero Zambuto [Włochy, 1917) 4 odcinki 2h36m Dziś ten film nazwalibyśmy mini serialem. Składa się z czterech części, ale w całości do naszych czasów dotrwały tylko trzy, pierwsza została bowiem zatrzymana przez cenzurę. Główna rolę czarnego charakteru w tym dramacie kryminalnym gra polska aktorka Helena Makowska, ot jednocześnie ciekawostka i miła niespodzianka, tym bardziej, że jak na lekarstwo ocalały polskie nieme filmy z polskimi aktorami, zatem należy cieszyć się polskimi aktorami we włoskich niemych filmach. A Makowska, jak wiadomo, nie była ani pierwsza, ani najbardziej znana...

Jak zwykle na super-hiper portalu filmweb.pl nie znają zasad języka polskiego i dla nich skrót od słowa "numer" pisze się z kropką... Pożałowania godne. Za to na zamieszczenie kontrybucji czeka się aż tylko (to taka aluzja do tytułu tomiku wierszy "Chyba na pewno") kilka tygodni do kilku miesięcy...

5/2024 "Ostatni klient" (2022)

          Thriller duński, całkiem udany i z zaskakującym zakończeniem. Renomowana psycholożka obserwuje w mass mediach serię morderstw i ra...